sicut et nos dimittimus debitoribus nostris

Ojcze mój, któryś jest w niebie, albo gdzieś, a może nigdzie, bo jeszcze nie zdecydowałam. Pozwoliłeś mi przetrwać wszystko. Ja z krwi Twojej i ciała Twego. Ja, pani wierna i pani łaskawa. Przyczyna swojej własnej radości, dostałam w jednym czasie dwie prace i nic nie zmyślam, do końca roku w dwóch robię. Ja, matka przedziwna, o której dzieciak w szkole mówi, że ma dosyć, bo matka ciągle sobie żartuje. Wspomożenie porzuconego kotka. Pani roztropna. Nie zadrapałam jeszcze nowego fałwe 1,6 tdi, z otwieraczem do butelek na wyposażeniu. Ufnością ożywiona, że jeszcze przekroczę 58 kilo, jem słodyczy worki, jem croissanty, serniki i padtaie jem. I tych błyszczących oczu, co mam teraz, to nie żałuj mi nigdy.

I wszystkie złe odpędzaj ode mnie. Jak do tej pory. Niech sobie żyją, niech o nich nic nie wiem. Tego szczęścia powszedniego daj mi zawsze. Nie wódź mnie na głupie pomysły, bo chcę być kim jestem teraz. I taka. Dziękuję Ci, że byłam kochana. I zmiłowałeś się nade mną, już nie płaczę każdego wieczoru z tęsknoty. Ale Ojcze mój, za dużo do Ciebie gadam. Już jestem zmęczona. Idę na netflixa, a Ty mnie wysłuchaj i odpuść mi. I żebym na Laneganie stała blisko sceny. Ciebie proszę i amen.

Reklamy

Shiba w żałobie

Jestem zapętlona w przeżywaniu. Opowiadałam mu absolutnie wszystko, bo nie wychodził z domu, bo był samotny, bo lubił moje historie. Baśnie z pracy, z domu, z gazet, przeczytane, widziane, usłyszane. Historie kto z kim, kto czym, kto, co, za ile, po co. Spiknęli się, rozstali, zdradzili, poszli nachlać. Wygrał, przegrał, awansował. Zostawił żonę, bzykała się już z każdym, była zazdrosna, ale jak zawsze o niewłaściwą. Kojarzył.

Normalnie zaczynałam np. tak: a pamiętasz kolesia, który zarąbał z hotelu szlafrok? (Pamiętał, przecież to było raptem z 7 lat wcześniej), no to teraz powiedział mi- Tola, nie ma rzeczy niemożliwych. Niebo jest granicą. Aż chciałam dodać- i rozmiary plecaka.

Brechtaliśmy się razem. Kłóciliśmy się dużo. Wychodziłam trzaskając drzwiami.

Przywoziłam gazety. Opowiadałam filmy. Pokazywałam mu memy, gify, kotki i pieski z fejsa. Tłumaczyłam mu rzeczywistość. Nie wierzył mi, że teraz się nie sprząta, tylko czyta o sprzątaniu. Albo o przepraszaniu dziurawych skarpet.

Absolutnie nie znał się na muzyce. Bardzo dobrze ogarniał historię.

Uważał, że jestem świetna i mogłabym wszystko. Wkurzał się, że poddałam się przed idiotami, bo byłam za młoda na święty spokój.

Jedno z ostatnich, co ode mnie usłyszał, ostatnie na co jeszcze zareagował, to zdanie- J.da mi psa. Wierzę, że zrozumiał, co chcę przez to powiedzieć i umarł spokojnie.

Zostałam ja i shiba. Odpierdzielamy nocne spacery. Przyłapałyśmy podpalacza, składałyśmy zeznania na policji, przegryzamy piłki w ilości hurtowych, zerwałyśmy się z obroży, brzydki pies chciał nas pogryźć, nie chce nam się z nikim gadać. Ona wygląda na uśmiechniętą, ja na smutną. Ale możliwe, że upodabniamy się do siebie. Patrzymy sobie w oczy. Znów pora coś zjeść.

 

 

 

2017

W pancerzu weszłam w nowy. Nie będę niczego rozpamiętywała. Złości, której doświadczałam w zeszłym, pogardy, chamstwa, którym mnie traktowano. Zapomnę o obrzydzeniu na twarzy pielęgniarza, który zabierał ostatni raz mojego ojca do szpitala. Brzydził się, śmierdziało. Śmierdziało, bo kilka dni wcześniej pani doktor, która nie chciała  pomóc w nocy moim rodzicom, w złości rzuciła workiem z moczem na podłogę w sypialni rodziców. Siki rozlały się po drewnie. Ten zapach pewnie gdzieś został. I mój tato w swoim własnym domu, domu, który sam zbudował, prosił tę kobietę, żeby nie krzyczała na mamę, bo choruje na raka, a musi się jeszcze nim zajmować. A potem zapomnę o sobie, gdy próbowałam złożyć skargę na tę lekarkę, która nie zostawiła swoich danych, a nazwiska nikt mi nie podał, bo takich danych my nie ujawniamy, proszę pani. Zapomnę o tym i o wszystkich chwilach, które mnie opuszczały niżej i niżej. Gdy zrozumiałam, że jestem tylko hostem z Westworld. Można mnie zabijać, ranić, pluć na mnie i kopać. Szczerze? Lepiej traktuję znalezione na śmietniku krzesło Aga, niż ludzie traktowali moich rodziców i mnie.

Zostawię sobie pamięć o wszystkich objęciach, dobrych słowach. O młodym pielęgniarzu, który tuż przed przyszedł do mnie i powiedział, że będzie się modlił. O lekarzu, który pozwolił mi zostać przy tacie. O kuzynie, który przed pogrzebem przytulił mnie z całej siły. O dziewczynach, które piszą, przesyłają, kochają, rozumieją. O Filipie Ćwiku, który teraz przysłał mi moje dwa portrety zrobione na kilka dni przed urodzinami, w czerwcu. Cała ja, bez makijażu, bez maski, bez śmiejących się oczu. O Michale, który pozwala mi płakać i krzyczeć ile tylko chcę. O płycie Arcade Fire „Funeral”, którą rozpakowałam pod choinką, dwa dni po pogrzebie. O poparzeniu, którego nawet nie zauważyłam, ale usłyszałam słowa I hurt myself today, to see if I still feel. Bo lubię myśleć muzyką. O Dzieciaku, która po śmierci swojego dziadka zerwała się na nogi, pobiegła po swój różowy aparat fotograficzny i pokazała filmy, które nakręciła dziadkowi. I te sekundy tak cieszą.

A co będzie? Artysta dostał roczne stypendium od ministra. I to już ustawia nasze życie nieco bardziej na południu. Mówiłam córeczko, żebyś uczyła się węgierskiego. W masie spadkowej była też papużka nierozłączka po tacie, moja mama. Muszę się nią zająć. Zająć jej dni, samotność, pusty fotel. Czekamy też na nowego domownika, jest piękny. Będzie przygoda. Kot zwariuje.

moje noce

Kilka lat temu pojawiła się na świecie. Położono ją obok, w małym pojemniku, nieco powyżej mojej głowy i zabroniono podnosić się. Zadzwoniłam po pielęgniarkę, żeby mi ją podała, objęłam ją prawą ręką i tak spędziłyśmy pierwszą noc jej życia. Patrzyłam na jej cudne oczy, wydawało mi się, że ona zagląda głęboko w moje. Szeptałam, że ją kocham i nigdy nie zostawię, że jest moim wszystkim. Powstała we mnie tak wielka miłość, jakiej sobie nigdy nie wyobrażałam, że istnieje. Tej nocy narodziłam się ja-matka.

Mijały nocne godziny, robiło mi się chłodno ze zmęczenia, trzymałam go za rękę i wydawało mi się, że on mnie ściska mocno. Nad ranem otworzył oczy, a ja mu szeptałam, że bardzo go kochamy, że jest taki zmęczony, ale nie wyobrażam sobie życia bez. Najpierw zaczęły jeździć tramwaje, potem zaświtało, pojawiło się słońce. Spójrz, powiedziałam, jest już nowy dzień, przeszliśmy przez tę noc. Jesteśmy razem. Nie mogę jeszcze cię wypuścić. Jeszcze nie. Kilkadziesiąt godzin później ogoliłam go, nałożyłam na dłonie mój ulubiony olejek, głaskałam jego twarz, usta nawilżałam wodą, wycierałam czoło, trzymałam za ręce. Wkrótce zaczął łapać ostatnie oddechy, nachyliłam się, obejmowałam go. Położyłam głowę na jego piersi szukając serca. Zostałam sama z taką wielką miłością…A potem zamknęłam mu oczy. Miał cudownie błękitne oczy. Dopełniłam się ja- córka.

nauki

Cały ten rak matki wymusił na mnie powrót do schematu- poniedziałek? Chyba się porzygam. Wtorek? Ja pierd***. Środa? Czwartek? Kupić gazetę. Piątek? Piątunio, piąteczek? Sobota? Ja żyyyyję!

Wszyscy ci ludzie dźwigający gospodarkę na swoich plecach, a których spowalniam o 8 rano silnikiem 1.4 i jako takim przestrzeganiem przepisów kodeksu drogowego. Cały ten hałas.

Nauczyłam się parkować na barierce, pod zakazem, w czarnej dupie. Analizowałam czy lepiej skręcić w lewo i iść 10 minut pieszo, czy jednak w prawo i stać na światłach 11 minut.

Po słonecznym dniu nauczyłam się też nie prosić nikogo o pomoc. Zmiana pasa na Garbarach urosła wtedy do rangi zmiany trajektorii lotu komety. Kierunkowskaz tyka dostojnie, nikt nie widzi. Muszę skręcić i teraz ostatnia możliwość, że to zrobię. Otwieram okno stojąc obok autobusu i proszę kierowcę, żeby mnie wpuścił przed sobą. Tak po ludzku, bo muszę być w szpitalu. A on podnosi rozkład jazdy i podjeżdża do zderzaka auta przed sobą. Tak po ludzku. Ale jeżdżę tutaj od miesięcy i też umiem być chamem, więc w końcu jestem przed nim, parkuję, wysiadam, spokojnym krokiem przechodzę przez przejście, pukam w drzwi autobusu i pozdrawiam przyjaźnie kierowcę. On w podobnym duchu każe mi brać nogi za pas. Z akcentem na s.

W szpitalu ignoruję głupie teksty pod adresem mojej matki, wypowiedziane głośno i wyraźnie, z dedykacją dla mnie, żebym czasem nie przeoczyła: Miała oddać tylko wyniki, a siedzi i chyba życiorys opowiada. Przyglądam się facetowi. Ma dłuższe włosy, jest bardzo gustownie odziany i czyta sobie książkę Patti Smith.

Nauczyłam się oddychać spokojnie, gdy sekretarka udaje, że nie zagubił im się pacjent i nikt nie nadzorował mamy podczas tygodni naświetlania. Gdy każe podpisać dokumenty ze wsteczną datą, gdy ma pretensje do niej, że nie oddała tych papierów pierwszego dnia. Chociaż oddała, wielbiciel Patti Smith mógłby być świadkiem.

Olewam logikę, gdy odbieram telefon w lidlu, a tam zagubiona pani doktor, zagubionej pacjentki wyjaśnia mi, że nie ma do mnie numeru telefonu, dlatego nie mogła zadzwonić. Ale matki już nie przyjmie, bo nie może. Bardziej dziwi mnie, że od miesięcy w lidlu nie ma kaparów. Nie rozumiem dlaczego zniknęły.

 

 

 

Szkoła

Jest tu nowa, trochę stremowana. A szkoła jest duża. Idziemy razem z nią na festyn rodzinny. Dużo tych rodzin. Dzień dobry pani dyrektor, dzień dobry pani od matematyki. Dzień dobry pani i pani. Dziecior wykręca szyję, zamyśla się i pyta cudnie donośnie Artystę:

-Na której ścianie zrobiłeś tu kiedyś rysunek?

Artysta kurczy się, czerwieni, maleje i znów ma 13 lat.

plastry

Dzień, w którym bogowie sprzyjają. Jest chłodno i słonecznie, agrafką przypinam uśmiech, spodnie trzymają się na sznurku, poprawiam włosy.

W szpitalu. Ma mądre spojrzenie, jest szybka w ruchach.

-Proszę sobie wybrać godzinę, na którą będzie pani przyjeżdżała z mamą.

-Ale mama jest z Poznania.

-Nie szkodzi. Będzie Pani przywoziła mamę codziennie?

-Tak.

-No właśnie, to będzie kilka tygodni. Proszę wybrać sobie godzinę.

-9 byłaby najlepsza.

-Dobrze.

I już. Tak po prostu. Mały plasterek na kolanie. Jedziemy dalej, trzeba wymienić dowód łysej matce.

W urzędzie przypominam sobie, że dowód kończy się i ojcu. Opowiadam, że nie wychodzi z domu, że jest niepełnosprawny, że nie jest w stanie przyjechać. Pani kiwa głową i mówi:

-To nie problem. Musi tylko napisać pani takie podanie, a nasz pracownik przyjedzie po wniosek, a później przywiezie dowód. Czy ojciec jest w stanie się podpisać i jest kontaktowy?

-Tak.

-To nie ma problemu.

Mam drugi plaster i sama się dziwię jak mi dziś wszystko wychodzi.Chociaż wyszłam za późno z domu. Opowiadam o wszystkim tacie. Że załatwimy ten dowód, że damy radę. Papa z uśmiechem kiwa głową i odpowiada:

– Mam ich wszystkich w dupie.

Odkręcam sobie głowę. Jest kontaktowy.

ja